Kupujesz nowy, lśniący samochód. Ogromny ekran dotykowy, setki koni mechanicznych pod maską i obietnica wolności. Płacisz fortunę i myślisz, że sprawa jest prosta – pojazd jest Twój. Od zderzaka do zderzaka. Niestety, mylisz się. Okazuje się, że jesteś właścicielem głównie karoserii i kół. A cała reszta – czyli wszystkie zaawansowane funkcje, które przekonały Cię do zakupu – działa na zasadach, które znasz ze swojego komputera. Dostałeś na nie jedynie pozwolenie, licencję. BMW próbowało sprzedawać dostęp do podgrzewanych foteli w miesięcznym abonamencie. Tak, fotele fizycznie miały maty grzewcze, ale żeby poczuć ciepło, trzeba było co miesiąc płacić. I chociaż z tego konkretnego pomysłu częściowo się wycofano pod naporem krytyki, otworzyło to puszkę Pandory. Dziś płacisz abonament za dodatkową moc silnika, lepsze światła czy zaawansowane systemy asystujące. Właśnie dlatego musisz wiedzieć, że kupując dziś auto, stajesz się nie tylko kierowcą, ale i subskrybentem.
Licencja OEM – co to takiego i dlaczego dotyczy twojego auta?
Z pewnością zetknąłeś się z terminem licencja OEM. Pełna nazwa brzmi Original Equipment Manufacturer, co w wolnym tłumaczeniu oznacza licencję producenta oryginalnego wyposażenia. Kojarzysz małe naklejki z logo Microsoftu na laptopach kupionych w markecie? Właśnie o to chodzi. Gdy kupujesz komputer z zainstalowanym fabrycznie systemem Windows, nie dostajesz do niego pięknego, pudełkowego wydania z pendrive. Dostajesz sprzęt z oprogramowaniem, które jest na stałe przypisane do konkretnego urządzenia. Nie możesz legalnie wziąć tamtego Windowsa i zainstalować go na innym komputerze. Licencja najczęściej umiera razem ze sprzętem.
Teraz przenieśmy ten model myślenia do świata motoryzacji. Twój nowy samochód jest po brzegi wypchany elektroniką i kodem. Współczesne auto klasy premium zawiera ponad 100 milionów linii kodu – więcej niż myśliwiec F-35 (tutaj więcej info). Kod tworzy skomplikowany ekosystem, który zarządza wszystkim: od pracy silnika i skrzyni biegów, przez systemy bezpieczeństwa jak ABS i ESP, aż po klimatyzację i kolor podświetlenia nastrojowego.
Producent auta jest tu jak producent laptopa – dostarcza Ci „hardware” (karoserię, silnik, koła) oraz „software”, który wszystkim steruje. A Ty, jako nabywca, otrzymujesz prawo do korzystania z tego oprogramowania, ale tylko w ramach konkretnego pojazdu. To licencja oprogramowania ściśle powiązana z numerem VIN Twojego samochodu. Nie możesz przenieść genialnego systemu inforozrywki z Mercedesa do Opla. Jest to zamknięty, hermetyczny świat, w którym zasady ustala producent.
Abonament na podgrzewane fotele – przyszłość czy absurd?
Skoro już ustaliliśmy, że kupując auto, dostajesz też licencję na korzystanie z jego oprogramowania, pora na kolejny krok. Producenci poszli o wiele dalej. Stwierdzili, że skoro już jesteś w ich ekosystemie, mogą z niego wycisnąć znacznie więcej pieniędzy. Tak narodziła się era subskrypcji i mikropłatności w motoryzacji.
Sztandarowym i nieco komicznym przykładem stała się firma BMW, która kilka lat temu wpadła na pomysł, by oferować podgrzewanie foteli w formie miesięcznego abonamentu. Technicznie rzecz biorąc, Twój samochód opuszczał fabrykę z zainstalowanymi matami grzewczymi. Fizycznie one tam były, gotowe do pracy. Jednakże, aby popłynął przez nie prąd, musiałeś zapłacić miesięczną daninę w wysokości około 80 złotych. Rezygnacja z abonamentu oznaczała cyfrowe zablokowanie funkcji, która fizycznie istniała w Twoim aucie. Społeczność kierowców zareagowała śmiechem i złością, a BMW, przynajmniej na niektórych rynkach, wycofało się z tego pomysłu, chociaż sama idea pozostała żywa.

Nie jest to odosobniony przypadek. Mercedes w swoich elektrycznych modelach EQ oferuje usługę „Acceleration Increase”. Za roczną opłatą (około 5000 złotych) można cyfrowo odblokować dodatkową moc i moment obrotowy, co skraca czas przyspieszenia od 0 do 100 km/h o blisko sekundę. Sprzęt – silnik, bateria, inwerter – jest ten sam. Płacisz za to, by producent przesłał do Twojego auta linijkę kodu, która mówi… OK, od teraz możesz jechać szybciej. Śmiejesz się? To przestań! Tesla od lat sprzedaje funkcję „Full Self-Driving” jako kosztowny pakiet oprogramowania, który można dokupić w dowolnym momencie. Z kolei Audi w ramach „Functions on Demand” pozwala aktywować na określony czas lepsze światła LED Matrix czy adaptacyjny tempomat. Według danych firmy MarketsandMarkets, rynek subskrypcji motoryzacyjnych ma wzrosnąć z 1,8 miliarda dolarów w 2021 roku do 11,5 miliarda dolarów w 2030. Zatem przygotuj swój portfel, bo to dopiero początek.
Własność pod znakiem zapytania – co jest twoje, a co tylko wypożyczasz?
Cała sytuacja prowadzi do zasadniczego pytania o naturę własności. Czy skoro zapłaciłeś za samochód 200, 300 czy 500 tysięcy złotych, faktycznie jesteś jego właścicielem? W sensie fizycznym – tak. Nikt nie zabierze Ci blachy, szyb i opon. Jeżeli chodzi o funkcjonalność, sprawa staje się mglista. Coraz częściej okazuje się, że kupujesz jedynie platformę sprzętową, a dostęp do jej pełnych możliwości jest przedmiotem osobnej, cyklicznej transakcji.
Z perspektywy producentów ma to sens. Stały strumień przychodów z subskrypcji jest znacznie lepszym modelem biznesowym niż jednorazowa sprzedaż. Pozwala im to także na uproszczenie produkcji – wszystkie auta danego modelu mogą zjeżdżać z taśmy w identycznej, „pełnej” konfiguracji sprzętowej, a różnice w wyposażeniu definiuje się dopiero na poziomie oprogramowania. Zyskują też na rynku wtórnym. Gdy kupujesz używane auto, możesz dostosować jego funkcje do swoich potrzeb, aktywując wybrane subskrypcje, na które poprzedniego właściciela nie było stać lub ich nie potrzebował. Kupując używany samochód stajesz się więc nowym klientem w sklepie producenta.
Dla użytkownika sprawa jest bardziej skomplikowana. Z jednej strony, elastyczność jest kusząca. Potrzebujesz haka holowniczego tylko na wakacyjny wyjazd? Aktywuj asystenta przyczepy na miesiąc. Mieszkasz w ciepłym klimacie, ale jedziesz na narty? Włącz podgrzewanie kierownicy na tydzień. Problem pojawia się w sferze mentalnej. Świadomość, że zapłaciłeś za auto fortunę, a ono ma celowo zablokowane funkcje, za które musisz dodatkowo płacić, jest po prostu denerwująca i przypomina kupowanie domu z pięknym basenem, ale za możliwość nalania do niego wody trzeba płacić miesięczny abonament.
Takie podejście rodzi wrażenie, że producenci traktują swoich klientów jak dojne krowy, próbując monetyzować każdy, nawet najmniejszy element wyposażenia. To również generuje dodatkowe koszty, które trzeba doliczyć do ogólnego budżetu posiadania pojazdu, zaraz obok paliwa, serwisu i ubezpieczenia samochodu.
Prawo, bezpieczeństwo i prywatność w aucie podłączonym do sieci
Świat motoryzacji napędzany oprogramowaniem rodzi zupełnie nowe wyzwania, które dopiero zaczynamy pojmować. Pierwszym z nich jest kwestia aktualizacji. Twoje auto, niczym smartfon, regularnie otrzymuje bezprzewodowe aktualizacje (OTA – Over-the-Air). Mogą one poprawiać błędy, wprowadzać nowe funkcje, a nawet zwiększać zasięg w autach elektrycznych. Brzmi świetnie, prawda? Powstaje jednak pytanie, co się stanie, jeśli aktualizacja pójdzie nie tak i unieruchomi Twój pojazd? Kto za to odpowiada – producent, dostawca oprogramowania, a może Ty, bo zaakceptowałeś regulamin, którego nie przeczytałeś?
Co więcej, producenci mają pełną kontrolę nad tym, co w Twoim aucie działa. Głośna była sprawa, gdy Tesla zdalnie dezaktywowała funkcję Autopilota w używanym aucie, które zostało kupione od poprzedniego właściciela. Firma uznała, że nowy użytkownik nie zapłacił za ten pakiet, więc go po prostu wyłączyła, mimo że samochód był w nią fabrycznie wyposażony. Sytuacja pokazuje, jak krucha jest nasza „własność” funkcji opartych na oprogramowaniu.

Kolejna sprawa to prywatność. Nowoczesny samochód jest jeżdżącym centrum danych. Zapisuje, gdzie jeździsz, jak szybko, jak gwałtownie hamujesz, jakiej muzyki słuchasz i z kim rozmawiasz przez telefon. Dane są złotem dla producentów, ale także dla firm trzecich. Już dziś wiele firm ubezpieczeniowych oferuje zniżki w zamian za monitorowanie stylu jazdy. Wizja, w której składka na Twoje ubezpieczenie samochodu zmienia się dynamicznie w zależności od tego, czy danego dnia przekroczyłeś prędkość, nie jest wcale odległa.
Pojawia się też problem „prawa do naprawy”. Kiedyś, gdy zepsuł się alternator, jechałeś do dowolnego mechanika, on montował nowy i po sprawie. Dziś wiele komponentów jest cyfrowo „sparowanych” z resztą samochodu. Wymiana reflektora czy nawet akumulatora może wymagać podłączenia do autoryzowanego komputera diagnostycznego i „przedstawienia” nowej części systemowi. Bez tego, element nie będzie działał. Takie działanie zamyka rynek napraw dla niezależnych warsztatów i zmusza kierowców do korzystania z drogich, autoryzowanych serwisów (ASO). Widać tu walkę, która toczy się na całym świecie, a jej wynik zdecyduje, czy będziesz mógł naprawić swój własny samochód u wybranego przez siebie mechanika.
Świat, w którym kupno auta było prostą transakcją, odszedł bezpowrotnie. Dziś wjeżdżasz na pole minowe licencji, regulaminów i ukrytych kosztów, gdzie samochód staje się usługą, a nie produktem. W tej nowej rzeczywistości Twoja wiedza jest najcenniejszą walutą. Im lepiej rozumiesz zasady gry, które narzucają producenci, tym mniejsze jest ryzyko, że obudzisz się z ręką w nocniku i rachunkiem za funkcję, o której istnieniu nie miałeś pojęcia.








